czwartek, 17 czerwca 2010
Grande Finale!
Jedynym pytaniem pozostaje jedynie czy to Celtics będą świętować swoje 18. mistrzostwo, czy też Lakersi będą się cieszyć swoim 16.
A odpowiadając mojemu Koledze od pióra: Boston prowadził 3:2. W szóstym meczu posypali się i przegrali 67-89. W meczu numer 6 stracili swojego podstawowego centra. Nie grają u siebie. Rezerwowi Bostonu przegrali rywalizację z ławką Lakers 13-25 - statystyka nie ukazuje jednak, że pierwsze punkty zdobyli w czwartej kwarcie, kiedy obie drużyny w zasadzie czekały na końcowy gwizdek (Lakers prowadzili po trzech kwartach 25 pkt.).
Z kolei historia finałowych meczów numer siedem pomiędzy oboma zespołami stawia Boston w roli zdecydowanych faworytów. Celtics wygrali wszystkie 4 starcia w meczach numer siedem ('62, '66, '69, '84), w tym raz w LA w '69, kiedy to pierwszy raz przyznawano nagrodę MVP Finałów i jedyny raz w historii otrzymał ją zawodnik z pokonanej drużyny (The Logo, Jerry West). Zresztą właśnie mecz z '69 jest zapewne aktualnie najgorętszym tematem w rozmowach pomiędzy numerami 6 i 5 - legendą Celtics, Billem Russellem, a obecną gwiazdą Zielonych, Kevinem Garnettem (tutaj ich inspirująca rozmowa sprzed dwóch lat: część 1 i część 2). Russell często wspomina swoją rozmowę z kolegami z drużyny przed pamiętnym meczem numer 7 w LA. Wskazywał im na olbrzymie siatki z setkami balonów podwieszone pod sufitem hali Lakers mówiąc, że bardzo zabawne będzie obserwowanie, jak po przegranym meczu obsługa hali The Forum będzie musiała wyciągać wszystkie baloniki pojedynczo. Zmotywował ich i wygrali.
Dzisiaj energetycznym liderem Bostonu jest właśnie Garnett.
Ale po drugiej stronie stoi równie mocno lub nawet bardziej zmotywowany Bryant.
Wszystko się rozwiąże dzisiaj. Jeden mecz, 48 minut gry podsumuje 8 miesięcy ciężkiej pracy i około 100 rozegranych meczów.
środa, 16 czerwca 2010
Polityczne rachowanie
Ilu facetów w jego wieku mieszka z mamusią? - Niewielu.
Ilu facetów w jego wieku nie ma auta? - Niewielu.
Ilu facetów w jego wieku nie ma "prawka"? - Niewielu.
Ilu facetów w jego wieku nie ma żadnego majątku? - Niewielu.
Ilu facetów w jego wieku nie ma więcej niż 165 cm? - Niewielu.
Ilu facetów w jego wieku nie ma żony lub dziewczyny tylko kota?
Bardzo, bardzo niewielu.
Dlaczego facet, który swoim podejściem do życia i zachowaniem
reprezentuje niewielu, ma być Twoim prezydentem?
Ilu ludzi powinno zagłosować na takiego faceta? - Niewielu.
Idź na wybory, nie bądź jednym z niewielu.
A ja od siebie dodam jeszcze jeden rachunek:
Ilu facetów w jego wieku spełnia wszystkie powyższe kryteria jednocześnie?
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Tragedia Bostonu
Przegrali.
Teraz Boston Celtics prowadzą 3-2 w finałach NBA z Los Angeles Lakers. W serii, którą po pierwszym meczu niektórzy śmieli nazwać zakończoną.
Muszę mojego piwnego Kolegę przeprosić, ale jeśli i tym razem Boston przegra, mając triumf na wyciągnięcie ręki, to dobry ludek tego miasta popełni zbiorowe samobójstwo.
czwartek, 10 czerwca 2010
The Fisher-man!
Rajon Rondo: "(Fisher) pretty much won the game. (...) He seemed to have answers all the time".
I mina "Big Baby" Davisa, gdy Pau pomaga Fisherowi podnieść się z parkietu - bezcenne!
środa, 9 czerwca 2010
Statystyki sobie, a życie sobie...
W swoich prognozach, a jakże, podpierają się kolejnymi statystykami, wyliczeniami, doszukują się prawidłowości i reguł, według których już teraz, przed końcowym gwizdkiem ostatniego meczu tych finałów, można by było ukoronować mistrzowską ekipę.
Rzućmy zatem okiem na niektóre spośród proroctw ostatnich 3 gier:
- Phil Jackson ma rekord 47-0 w seriach, w których jego drużyna obejmowała prowadzenie 1-0 (zgodnie z tą regułą mistrzostwo należy się Lakersom)
- Zgodnie z autorską obserwacją playoffów 2010, drużyny wygrywające mecz numer 2 wygrywają całą serię (Boston)
- Drużyna wygrywająca w Finale mecz numer 3 (przy stanie 1-1) wygrywa również mecz ostatni - 10/10 od 1985 kiedy wprowadzono format 2-3-2 (Lakers); 28/32 w całej historii NBA niezależnie od formatu (wciąż zdecydowanie Lakers - 87,5%)
- Boston miał bilans 12-0 w tegorocznych Playoffs, gdy ograniczył swoich przeciwników do 95 lub mniej punktów - Lakers wygrali mecz numer 3: 91-84; Boston ma bilans 1-6 w meczach, gdy przeciwnicy zdobywają ponad 95 punktów;
- Boston wygrał wszystkie trzy mecze u siebie w Finale 2008 (przeciwko Lakers), ostatni z nich różnicą 39 punktów - nikt jednak nie pamięta, że od czasów 'bostońskiej masakry' Lakersi wygrali w Bostonie wszystkie 3 rozegrane mecze (w tym mecz numer 3 tegorocznych Finałów) oraz wszystkie spotkania, w których Kobe rozegrał 35 i więcej minut (bilans 5-0); ogólny bilans od zakończenia Finałów 2008 wynosi 5-2 (2009: 2-0; 2010 sezon regularny: 1-1; 2010 playoffs po trzech meczach: 2-1); w sezonie regularnym w LA Kobe nie grał z powodu kontuzji (Lakers przegrali 1 pkt), w przegranym meczu numer 2 Finałów rozegrał tylko 34 minuty ze względu na problemy z faulami;
- Rajon Rondo jest barometrem Celtics - ilekroć w tegorocznych playoffach w statystyce plus/minus (wątek hokejowy z Montrealem w roli głównej) osiągał wynik +2 i lepszy wówczas bilans Bostonu wynosi 13-0 (w przegranym meczu numer 3 Rondo miał +2); w meczach, w których plus/minus Rondo wynosi poniżej +2 bilans Bostonu wynosi 0-6.
Jednak, jeśli powyższe "połamane" statystki nas czegokolwiek uczą, to tego, że nie uczą nas niczego. Statystyki nie rozgrywają spotkań i nie wygrywają meczów. Jak za każdym razem podkreśla Kobe, każdy mecz to zupełnie inna historia, odrębny rozdział. Poza tym pomimo statystycznej przewagi Lakersów, przed meczem numer 4 należy pamiętać, że Boston przegrywał z Cleveland też 1-2, by później wygrać trzy mecze z rzędu i całą serię 4-2, a Lakers bywali już w tych playoffach w sytuacji, w której prowadzili 2-1 i za każdym razem przegrywali mecz numer 4.
Każdy mecz stanowi odrębny rozdział.
Ciekawostka:
Po wygranym meczu numer 2 w Finale Konferencji Wschodniej, rozentuzjazmowany Paul Pierce zapowiedział fanom w Bostonie, że Celtics wracają do domu, żeby dokończyć swoje dzieło i zamknąć serię z Magic (Boston wygrał dwa pierwsze mecze w Orlando). Celtics owszem wygrali mecz numer 3, by później przegrać dwa mecze z rzędu i wrócić do Bostonu na mecz numer 6, w którym zamknęli rywalizację z Magic stanem 4-2.
Można powiedzieć, że w pewnym sensie jego zapowiedź się spełniła. Z opóźnieniem, bo z opóźnieniem, ale koniec końców Boston wrócił do domu, żeby skończyć serię.
Po wygranym meczu numer 2 Finałów NBA, rozentuzjazmowany Paul Pierce zapowiedział kibicom w Los Angeles, że Celtics nie wrócą do LA (w ramach Finałów NBA) implikując, że Celtics wygrają wszystkie 3 mecze u siebie. Boston przegrał mecz numer 3, więc jeśli przepowiednia Pierce'a miałaby się spełnić, to oznaczałoby to dwa kolejne zwycięstwa Lakersów.
niedziela, 6 czerwca 2010
No i po Finałach...?!
Jednakże czynnikiem napędzającym przedwczesną koronację Jeziorowców jest zupełnie coś innego. To nie gra całego zespołu czy pojedynki między poszczególnymi zawodnikami. Nie jest nim nawet niesamowity poziom koncentracji prezentowany przez samego Bryanta, który zignorował prawdopodobnie najzabawniejszego człowieka w całej Staples Center. Czynnikiem przytaczanym przez wielu dziennikarzy jest magiczna liczba 47-0, której autorem jest trener Lakersów. Drużyny prowadzone przez Phila Jacksona wygrały 47 z 47 serii, w których obejmowali prowadzenie 1-0. W tej sytuacji, można więc przypuszczać, że i tym razem efekt końcowy będzie podobny i za Billem Platschke zasugerować, iż Finały NBA to tak naprawdę seria best-of-one. Zgodnie z danymi przytaczanymi przez felietonistę Los Angeles Timesa, zwycięzca meczu numer jeden w jakimkolwiek sporcie, ma 65% szans wygrania siedmiomeczowej serii, a w samej NBA, ów odsetek podskakuje aż do 79%. Wszystko to jednak nic wobec osobistego rekordu Jacksona - 100%! Jeśli to nadal nie robi na was wrażenia, to zgodnie z dwójką studentów z Kalifornijskiego Instytutu Technologii (numer 10 w 2009 roku w ogólnoświatowym rankingu uniwersytetów przeprowadzanym przez Times Higher Education; numer 5 w dziedzinie inżynierii i IT) szanse osiągnięcia wyniku 47-0 przez przypadek wynoszą mniej niż 3 do miliarda!
Zawodnicy Bostonu oczywiście bagatelizują całą sytuację. Sheed Wallace stwierdza, że takie statystyki to sprawy mediów, a dla niego nic one nie znaczą. Z kolei Ray Allen stwierdza, że wraz z trafieniem kolejnego rzutu wolnego wzrastają jego szanse, że następny rzut spudłuje.
Osobiście zgadzam się z Dociem Riversem: każda seria się kiedyś kończy; a Boston Celtics są zbyt twardą drużyną, żeby dać się zniechęcić jedną porażką, nie wspominając o jakiejś liczbie. W serii z faworyzowanymi Cavs przegrywali 0-1 i 1-2 (druga porażka była ich największą porażką w historii playoffów) po czym zniszczyli Cavs w trzech meczach z rzędu, rozpoczynając przedwczesne wakacje LeBrona Jamesa i najgorętsze lato tej dekady w Cleveland.
Dodatkowym argumentem niwelującym znaczenie pierwszego meczu Finałów, jest fakt, iż rok temu Lakersi również zdominowali Orlando w pierwszym meczu wygrywając 25 punktami, tylko po to by o losach drugiego meczu decydował lay-up debiutanta. Jeśli tym razem również dojdzie do takiej sytuacji, to jednego możemy być pewni: na pewno nie będzie rzucał debiutant.
Lakersi nie wygrali mistrzostwa przeciwko Bostonowi (w zeszłym roku KG był kontuzjowany i Celtics nie zakwalifikowali się do Finału), dlatego tegoroczny pojedynek powinni potraktować jako rewanż za 2008 rok i grać nie z pozycji aktualnych mistrzów NBA, ale drużyny, która chce odebrać to mistrzostwo przeciwnej drużynie.
Mecz numer 2 może okazać się najważniejszym meczem tegorocznych finałów. Pomimo, iż długoletnia statystyka Jacksona 47-0 przesądza pojedynek na korzyść Lakersów, to mądrość tegorocznych playoffs pokazuje, że to mecz numer 2 stanowi moment przełomowy każdej serii -> drużyna, która odnosiła zwycięstwo w meczu numer 2, wygrywała całą serię.
Jednakże niezależnie od wszelkich statystyk i osobistych pojedynków (Kobe-Allen, Gasol-Garnett) mecz numer 2 będzie olbrzymim widowiskiem i wspaniałą walką dwóch najlepszych drużyn w historii NBA połączonych odwieczną rywalizacją.
piątek, 4 czerwca 2010
LeBron - jednoręki bandyta
Nowa zabawka pozwala puścić wodze fantazji i pobawić się w domysły co by było, gdyby ten zawodnik wylądował w tym klubie, a inny w tamtym. Ten, kolejny już, strzał w dziesiątkę w wykonaniu ESPN pokazuje zarazem, jaką wielką skalę osiągnęło wariactwo związane z "najbardziej wyczekiwanym latem dekady w NBA".
Dwie sprawy za jednym zamachem
Wywiad z Marcinem Gortatem ze Sport.pl
„Czy ma pan jakieś sygnały o zainteresowaniu innych klubów? W jakim zespole widziałby się pan w następnym sezonie?
Widzę się w każdym klubie, w którym będę mógł się rozwijać, czyli grać dłużej. Czy ten klub będzie w Miami, w Los Angeles czy na Arktyce nie ma znaczenia. Chcę totalnie spełnić się w tym, co robię. Informacje od agenta w sprawie ewentualnej wymiany nie dochodziły do mnie, bo nie mogły. Mamy umowę, że informuje mnie tylko o rzeczach, które są pewne na sto procent, nieodwracalne. Spekulacjami i medialnymi doniesieniami się nie interesuję.”
A na Plutona się nie wybiera? :D
________________________________________________________
Do mnie niestety Kandydat nie napisał. A szkoda, bo mógłbym mu zaproponować lepszy plakat z bardziej odpowiadającym rzeczywistości hasłem:
Bo przecież niczym innym ten akurat Kandydat wyborów wygrać nie usiłuje. Ot, całość programu.
czwartek, 3 czerwca 2010
Historia lubi się powtarzać
Na Zachodzie:
- Lakersi po raz kolejny byli numerem jeden... i po raz kolejny będą reprezentować Zachód w Finale NBA (już trzeci raz z rzędu) - o tym z jakim skutkiem, będzie można przekonać się już dziś w nocy;
- ponownie Utah okazało się najłatwiejszym przeciwnikiem do Finału: w 2009 było 4-1, tym razem 4-0 (Jazzmani zostali wysweepowani po raz pierwszy w historii!)
[w ogóle z roku na rok Lakersom gra się z nimi coraz łatwiej: w 2008 było 4-2]; - znowu najwięcej problemów przysporzyła im drużyna bez zawodnika potrafiącego sprostać dwugłowemu potworowi z LA w postaci Bynuma i Gasola, spisywana na straty która jednakże swym olbrzymim sercem do gry oraz napędem w postaci superszybkiego rozgrywającego młodego pokolenia potrafiła nawiązać równą walkę: 2009 Houston Rockets z Aaronem Brooksem, 2010 Oklahoma City Thunder z Russellem Westbrookiem (te "brooki" mają coś w sobie :) );
- Finał Konferencji Zachodniej wykreował nowego bohatera złota i purpury, którego nazwisko tak, jak przed rokiem, zaczyna się na literkę "A". Oboje pełnili raczej przyboczne funkcję obok Batmana i Robina w osobach Kobego i Pau Gasola. Oboje wydatnie przysłużyli się do zwycięstw w dwóch meczach Finału Konferencji i tym samym awansu do Finału NBA: 2009 Ariza - mecz 1 i 3, 2010 Artest - mecz 5 i 6. Żeby było śmieszniej obaj panowie w zeszłe wakacje zamienili się klubami, i od tego czasu są nieustannie ze sobą porównywani - Artest wyklucza wszelkie zestawienia tego typu stwierdzeniem, iż Ariza ma mistrzowski pierścień, którego on nie posiada - RonRon najwyższy czas nadrobić zaległości!
- Kolejny raz drużyna, która w trakcie sezonu odnotowała poważne wzmocnienia, która od początku była zdecydowanym faworytem do reprezentowania Wschodu w Finale NBA - Cleveland Cavaliers z wybranym drugi rok z rzędu MVP ligi LeBronem Jamesem - przedwcześnie pożegnała się z posezonowymi rozgrywkami pozostawiając swoje miasto w trwodze o o decyzję swojego najlepszego zawodnika i swoje dalsze losy;
- raz jeszcze zostało nam udowodnione, że błyskawiczne i bezbłędne przejście przez dwie pierwsze rundy playoffs połączone z miażdżeniem swoich oponentów astronomiczną liczbą punktów (w szczególności uznawanych przez wielu za czwartą potęgę Wschodu - Atlantę Hawks) nie gwarantuje jeszcze gry w Finale NBA: 2009 Cavs, 2010 Magic;
- Atlanta Hawks po raz kolejny potrzebowała siedmiu meczów, aby zakwalifikować się do półfinałów konferencji, w których nie potrafili wygrać ani razu (to już trzeci raz z rzędu kiedy Jastrzębie rozegrały siedem gier w pierwszej rundzie, z tą różnicą, że w 2008 zostali wyeliminowani przez Boston Celtics - późniejszych mistrzów NBA);
wtorek, 1 czerwca 2010
Mail od Jarka
Kampania wyborcza
Pytanie nieustannie, czy zmienił się ktoś, kto miał dwa miesiące temu kilka pogrzebów, jest na granicy jakiegoś skrajnego braku wrażliwości i braku, kompletnego braku empatii dla innych (...). Bombardowanie jednego z ważniejszych polityków tym pytaniem od rana do wieczora ja odbieram już jako inwazyjne.
Z dzisiejszego wywiadu Moniki Olejnik z Pawłem Kowalem. Źródło: gazeta.pl. Olejnik zapytała o metamorfozę Jarosława Kaczyńskiego.
Moje wredne pytanie - skoro ktoś jest tak zniszczony personalną tragedią, że pytania na ten temat odbiera się jako inwazyjne, to może odpuścić sobie kandydowanie? Bo przecież wiadomo, że pytania o śmierć Prezydenta kraju będą się pojawiały. Czyli zadajemy je wtedy i takie, żeby było to wygodne, a jak wygodne nie jest, to zasłaniamy się wstrząsem i dobrym wychowaniem? Książkowa hipokryzja - ciągnąć media na pogrzeby, robić z całej tragedii wielki cyrk, a jednocześnie grzmieć o dobrym wychowaniu, dyskrecji i takcie.
Wycierają sobie tyłek tą żałobą, takie było i jest moje zdanie.
czwartek, 20 maja 2010
Beat L.A.! Beat L.A.! Beat L.A.!
Jak wielką różnicę czyni zaledwie kilka dni. Po meczu numer 3 Dwight Howard przekonywał, że to jeszcze nie koniec i że będą walczyć - w końcu cóż innego miał powiedzieć. Wszyscy i tak spisywali Magic na straty. Orlando tymczasem wygrało mecz numer 4. Stan Van Gundy podzielił się swoim najnowszym odkryciem, że aby zapisać się na kartach historii jako pierwsza drużyna NBA, której udało się wygrać serię best-of-seven po przegraniu pierwszych trzech spotkań, należy wygrać właśnie mecz numer 4. I pomimo tego, i tak nikt im nie wierzył. Prasa bostońska podniosła alarm powołując się na wspominaną przez nas rywalizację pomiędzy Boston Bruins i Philadelphia Flyers - Bruins prowadzili 3-0, przegrali mecz numer 4 po dogrywce, by później przegrać całą serię 4-3 - i możliwość powtórki z rozrywki. Nie trzeba też dodawać, że Orlando wygrało mecz numer 4 po dogrywce. Mimo to zdrowy rozsądek poparty osiągnięciami Celtics w tegorocznych playoffach nakazywał wierzyć, że Boston jednak przejdzie do finału.
Jak to jednak często bywa, zdrowy rozsądek sobie, a życie sobie. Orlando wygrało mecz numer 5 doprowadzając do stanu 2-3, i biorąc pod uwagę wszystkie problemy Bostonu, mają coraz większe szanse, żeby stać się pierwszą drużyną w historii NBA, która wygrała serię best-of-seven przegrywając 0-3.
Z drugiej strony koszykarskiego świata Ameryki, Suns doprowadzili do remisu 2-2 i niespodziewanie tu również rozpoczęła się seria. Po pierwszych dwóch meczach w LA wszystko wydawało się być przesądzone. Lakers stosunkowo łatwo wygrali oba mecze, doprowadzając Alvina Gentry'ego, trenera Suns do wygłoszenia publicznej prośby o pomoc i pomysły na to, co zrobić dalej. Nie wiadomo czy trener Phoenix, skorzystał z czyjejś pomocy czy też sam wpadł na nowe pomysły, ale faktem jest, że podziałało. Obrona strefowa Phoenix wybiła z rytmu Lakersów, a z drugiej strony boiska drużyna Kobego ma problemy z powstrzymaniem ataku Suns. Mecz numer 5 dziś w nocy.
Niesamowite, jak kilka dni potrafi kompletnie odwrócić sytuację. Nagle playoffy NBA zaczęły być interesujące! A antycypowane okrzyki "Beat LA" w Boston Garden mogą pozostać w sferze przedwczesnych spekulacji.
niedziela, 16 maja 2010
Spike Lee i inne ciekawostki
- Sztandarowi kibice: osobiście nie jestem fanem przeczesywania trybun w poszukiwaniu wszelkiej maści celebrities, ale są dwie takie osoby, o których istnieniu powinna wiedzieć każda osoba zasiadająca do oglądania meczu koszykówki spod szyldu NBA: Jack Nicholson i Spike Lee - obaj stanowią ikonę kibiców koszykówki. Pierwszy swoją obecnością uświetnia każdy mecz Los Angeles Lakers, i wiedzie prym wśród przebywających w Staples Center zastępów gwiazd i gwiazdeczek każdego formatu; drugi - skacze, krzyczy i szaleje przy bocznej linii boiska w - będącej mekką koszykówki, a zarazem siedzibą nowojorskich Knicks - Madison Square Garden. Są jak ogień i woda, zupełnie inne osobowości, zupełnie inne style kibicowania: Jackowi niezmiernie rzadko zdarza się poderwać na równe nogi, Spikeowi wręcz przeciwnie - rzadko zdarza się usiedzieć spokojnie choćby dwie minuty.
Innymi kibicami, którym warto się uważniej przyjrzeć i wyszukać w tłumie, są fanki Orlando Magic, którym Bill Simmons przyznał The Jennifer Aniston Award for Best Selection of Cougars; niestety nie było mi dane sprawdzić tego osobiście i muszę polegać na opinii osób trzecich. - Sezon transferowy AD 2010: długo wyczekiwane "lato LeBrona Jamesa" miało też swój duży udział w trakcie playoffów. LeBron i jego Cavs są już poza playoffami, co oznacza początek przerwy międzysezonowej i czas wielkich decyzji dla Króla - gdzie zagrać w następnym sezonie? Styl w jakim Cleveland pożegnał się z walką o mistrzostwo stawia niekończącą się liczbę pytań. A to co działo się dookoła półfinałów Konferencji Wschodniej między Cavs i Celtics tylko podgrzewa wszystkie spekulacje, np. obecność Johna Calipari na trybunach w Cleveland podczas meczu numer 5 - John Calipari jest trenerem University of Kentucky, trenował młodą gwiazdę Chicago Bulls - Derricka Rose'a i... jest zaprzyjaźniony z LeBronem! Niekończące się źródło domysłów...
- Okrzyki podczas meczów:
- "MVP, MVP, MVP!" (MVP to Most Valuable Player, nagroda/tytuł przyznawany najlepszemu zawodnikowi sezonu regularnego, Finałów NBA lub Meczu Gwiazd) wykrzykiwane przez kibiców po adresem zawodnika, który jest ich ulubieńcem, który wygrał kiedyś tą nagrodę, tudzież swoją grą w danym meczu zasłużył na uhonorowanie go tą nagrodą. Kobe Bryant, LeBron James czy Dwayne Wade słyszą tego typu okrzyki prawie za każdym razem, gdy przychodzi im stanąć na linii rzutów wolnych. Rajon Rondo zasłużył sobie na takie okrzyki podczas wspomnianego już niesamowitego występu w meczu numer 4 przeciwko Cavs;
- "New York Knicks" wykrzykiwane podczas wykonywania rzutów wolnych przez LeBrona w meczu numer 6 pomiędzy Bostonem i Cleveland, sugerujące jego przeprowadzkę do Wielkiego Jabłka po kolejnym sezonie zakończonym bez zdobycia mistrzowskiego pierścienia.
- "Beat LA" zapoczątkowane przez kibiców Bostonu Celtics w latach 60-tych, kiedy ustanowiona została legendarna rywalizacja pomiędzy klubami z LA i Bostonu (które dzielą między siebie 32 z 63 tytułów mistrzowskich NBA - w tym sezonie mają szansę 33/64). - Mike Breen, Jeff Van Gundy i Mark Jackson: dla osoby które przez lata męczyła się oglądając mecze NBA z komentarzem autorstwa Wojciecha Michałowicza i Zenona Telmana (i paru innych gwiazd zapraszanych do pomocy temu pierwszemu, których nazwisk, ku mej radości, a ich świętemu spokojowi już nie pamiętam), wymieniona trójca jest darem zesłanym z niebios!
- Stuart Scott, Mike Wilbon, Jon Barry, Magic Johnson i ich Halftime Report - jak wyżej, tak się robi komentarze sportowe! (by nie wspomnieć, że ta czwórka zastępuje takie koszykarskie głowy jak m.in. Hirek Wrona!)
- Show:
- przedmeczowe rytuały: LeBron James, Kevin Garnett, Dwayne Wade;
- różne miny, zachowania, fryzury, rurki: Kobe, LeBron, Ron Artest, Caron Butler;
- różnie poprzebierani i świetnie się bawiący kibice
sobota, 15 maja 2010
Historyczna NHL
Tak jak godna podziwu jest postawa Flyers (ekipy, której zresztą szczerze nie cierpię), tak niewytłumaczalna jest zapaść Bostonu, który pokazał gigantyczny brak umiejętności zamknięcia sprawy. Żeby było zabawniej - decydująca bramka padła w przewadze Philadelphii po ukaraniu Bruins za wysłanie zbyt wielu zawodników na lód. I tu znów mamy odniesienie do historii - w 1979 roku Boston grał legendarną serię przeciwko Montreal Canadiens i był o włos od wyeliminowania swoich rywali, którzy zdobyli Puchar Stanley'a w poprzednich trzech sezonach. Doszło do meczu numer 7, Bruins prowadzili jedną bramką i w końcówce zostali ukarani za zbyt wielu graczy na lodzie. Canadiens wyrównali, wygrali w dogrywce i zdobyli czwarty tytuł z rzędu.
piątek, 14 maja 2010
Czym kusi NHL
Pozytywną historią tych playoff stają się moi Montreal Canadiens, którzy jako pierwsi w dziajach awansowali do playoff z ostatniego miejsca, przegrywali w pierwszej rundzie z najlepszą drużyną ligi 1-3, a mimo to wygrali. Ich bramkarz, Słowak Jaroslav Halak dokonuje cudów między słupkami, a jego występ w meczu nr 6 przeciwko najmocniejszej ofensywie w lidze jest już legendarny. Halak obronił 53 strzały, co jest jednym z najlepszych wyników w ciągu ponad stu lat istnienia Canadiens. Żeby to zobrazować – krążek po normalnym strzale w meczu osiąga do 100km/h. A Halak takie krążki łapał do ręki. Bez dobitki.
Historia przez wielkie O (od "O kur...") dzieje się w Bostonie i Filadelfii, gdzie Philadelphia Flyers wykorzystują nagłą zapaść Boston Bruins i odrabiają stratę 0-3 w serii. Przypominam, gra się do czterech wygranych. W historii NHL tylko dwie ekipy wygrały pomimo, że było już 0-3 - ostatnio zrobili to New York Islanders w 1975 roku. Jeszcze bardziej imponujący był powrót Toronto Maple Leafs z 1942, kiedy to Liście zrobiły taką sztuczkę w finale... Obecnie Flyers wyciągnęli już na 3-3 - decydujący mecz dzisiaj.
Canadiens postarali się, że z playoff pożegnali się kreowani na nowych mistrzów Washington Capitals i ich efekciarski kapitan Aleksander Owieczkin. Rosjanin w tym sezonie za bardzo uwierzył w swoje boskie moce, za bardzo gwiazdorzył i za bardzo pajacował. To zaowocowało kolejnymi wczesnymi wakacjami. Swoją drogą, popularny Owca drużynowo nie wygrał jeszcze nic poza dość marginalnymi w hokeju mistrzostwami świata. Jego występ na Olimpiadzie skończył się żenującą klęską z Kanadą, w playoff jeszcze nie przebrnął przez pierwszą rundę... Zaczynają się odzywać głosy, że Owieczkin może nie mieć tego (chociażby widocznego u Nasha) Czegoś, które pozwala wygrywać w najbardziej niesprzyjających okolicznościach.
Z Zachodu na pewno będzie ekscytujący finalista. W półfinale spotykają się bowiem ekipy z San Jose i Chicago. Ci pierwsi to od lat niesamowicie mocna ekipa w sezonie zasadniczym i chłopcy do bicia w trakcie playoff. Ich liderem jest sztandarowy „przegrywacz” NHL, czyli Joe Thornton, na którego osobiście nie potrafiłem patrzeć w trakcie zwycięskiej dla Kanady Olimpiady. Thornton jednak się zmienił i bardziej to widać nie tyle po jego osiągnięciach punktowych, co po stylu gry – lider Sharks wbija się w największy tłok pod bramką, wyłuskuje krążek, obrywa kijem, a mimo to walczy, strzela, punktuje. Drugim półfinalistą są odrodzeni Chicago Blackhawks, czyli przez lata ligowe pośmiewisko, a od kilku sezonów budząca się potęga. A przy okazji gigantyczny rynek, którego NHL bardzo potrzebuje.
Kończąc zapytam retorycznie – jak może nudzić playoff, w którym na Wschodzie odpadają wszystkich PIĘĆ najlepszych w sezonie zasadniczym drużyn? Podczas gdy na Zachodzie w półfinale spotyka się numer 1 z numerem 2?
Powiedzmy, że będę oglądał spotkanie playoff NBA. Na co powinienem zwracać uwagę? Jakie smaczki, jakie ciekawostki ma dla mnie koszykówka? Jakie są zwyczaje, charakterystyczni ludzie „z otoczki”, którzy tak naprawdę nakręcają klimat transmisji kosza?
Amazing is happening...now!
I cóżże się tam dzieje? Zgadliście! Amazing!
Aktualny mecz jest chyba najbardziej wyczekiwanym meczem od kilku lat. Wspomniany już słabiutki występ Lebrona Jamesa, był chyba najgorętszym tematem sportowym dekady.
Lebron niczego nie wyjaśnił, podgrzał atmosferę i przygotował sobie największą scenę koszykarską ostatnich lat! A to wszystko dlatego, że z początkiem lipca Lebron będzie miał możliwość zmiany klubu (moment wyczekiwany od przeszło dwóch lat) i wiele osób komentujących NBA stwierdza, że losy Cavs w tegorocznym "drugim" sezonie NBA zaważą na decyzji "samozwańczego" Króla.
No i Cavs mają swojego "Króla" meczu...Mo Williamsa! Lebron rozgrywa kolejny dość przeciętny, jak na jego możliwości i okoliczności mecz.
Cały czas czekam aż Król się włączy, wrzuci 6. bieg i wygra mecz w pojedynkę. Zdarzało mu się to już wcześniej -> w meczu nr 5 Finałów Konferencji 2007 przeciwko Detroit Pistons zdobył ostatnie 25 pkt swojego zespołu!
Zresztą podczas ostatniego meczu też miałem wrażenie, że Lebron czeka na moment kiedy skończyć tą zabawę i wykończyć Celtics. Cała sytuacja wyglądała jak zabawa miedzy LeBronem a resztą Cavs. Jakby powiedział sobie: 'Zobaczymy co zrobią, jak ja nie będę grał. Ciekawe czy otrzymam od nich jakąkolwiek pomoc?
Tymczasem koledzy z Cavs zdali się zareagować niczym małe dziecko, które wołając mamę, żeby je nakarmiła, zaczyna jej udowadniać, że nie potrafi samo trafić łyżeczką do buzi, sprawdzając tym samym ile uparta mamusia (Lebron) wytrzyma taką prowokację i kaszkę pokrywającą wszystko w promieniu 2 metrów. No i oboje poszli w zaparte i było po meczu.
Ale my tu gadu gadu, a Celtics odskakują! I wypadałoby wreszcie zamówić następną kolejkę!
WHERE AMAZING HISTORY HAPPENS!
Tym oto sposobem zostałem wywołany do tablicy. W odróżnieniu od tego drugiego co ze mną bloguje, moje oczy przybrały przed paroma tygodniami kształt pomarańczowych piłek do kosza, a mój puls zgrał się z rytmem ich odbijania od na kilku parkietach za oceanem. NBA żyje obecnie playoffami. Co więcej, amazing happens!
Ale zanim zacznę udowadniać cóż takiego niesamowitego dzieje się w NBA tegorocznej wiosny, pozwolę sobie nie zgodzić się z podziałem dokonanym przez kolegę. "Where Amazing Happens" i "History Will Be Made" to tak naprawdę dwa końce tego samego kija. No bo, obiektywnie ujmując problem, historia jest ustanawiana, gdy dzieje się coś niesamowitego; i odwrotnie, gdy dzieje się coś niezwykłego, wówczas mówimy o historycznym wydarzeniu. I tak naprawdę, to nowy slogan ligi NHL ukazuje jej kompleks wobec swej siostrzyczki NBA. Wprawdzie możemy się sprzeczać czy oba slogany znaczą mniej czy więcej to samo – w mojej opinii jednakże znaczą – i tym samym NHL dopuściła się plagiatu. Slogan NBA powstał w 2007 roku i z miejsca stał się świetnym następcą innego - nomen omen znakomitego – hasła promującego NBA w latach dziewięćdziesiątych: I Love This Game. Z kolei NHL wystartowało ze swoją 'tworzącą historię' kampanią dopiero przed tegorocznymi playoffami. Kończąc ten temat pragnę zwrócić uwagę na jeden pozornie nieistotny szczegół językowy: w NBA rzeczy niesamowite dzieją się już teraz, w NHL historia ma dopiero zostać ustanowiona.
Ale miało być o czymś innym. „Co NBA ma mnie, jako laikowi, do zaoferowania”?
„Bardzo dużo” - to pierwsza i automatyczna odpowiedź fana tejże ligi na tak postawione pytanie. Zastanówmy się jednak, co kryje się za owym „dużo”.
Tegoroczne playoffy NBA obfitują w niespodzianki, nieoczekiwane triumfy i jeszcze mniej przewidywane klęski, narodziny nowych bohaterów, odrodzenie i upadek starych gwiazd. Są też momenty hokejowe. Ale by nie być gołosłownym, oto zaledwie garstka najciekawszych wydarzeń:
występ Rajona Rondo w meczu nr 4 półfinałów konferencji wschodniej między Boston Celtics i Cleveland Cavaliers, w którym przyćmił samego Króla i współczesnego specjalistę od triple-doubles, LeBrona Jamesa statystykami na poziomie 29 punktów, 18 zbiórek i 13 asyst (tylko dwóch zawodników w historii zakończyło mecz playoff z minimum takimi wynikami: Wilt Chamberlain i Oscar Robertson – legendy NBA z przełomu lat 60-tych i 70-tych, członkowie NBA Hall of Fame!); średnie Rondo w całych playoffach 17,9 pkt, 11,4 as., 7,1 zb. i 1.9 przechwytów stawiają go w jednym szeregu z legendarnym Magic Johnsonem – prawdopodobnie najlepszym rozgrywającym w historii ligi.
niewidzialny mecz numer 5 w wykonaniu dwukrotnego MVP ligi, LeBrona Jamesa. Król przeszedł obok najważniejszego meczu w tego sezonu i pozwolił, aby staruszkowie z Bostonu roznieśli jego drużynę na ich własnym parkiecie 120:88; odzierając ich tym samym z wszelkich nadziei na wygranie tej serii, czy chociażby doprowadzenie do remisu 3:3.
Spike Lee, najwierniejszy obok Jacka Nicholsona kibic w lidze, ikona fanów New York Knicks kibicujący znienawidzonym Celtics! Sam zainteresowany usprawiedliwia się, że to tylko na czas jednej serii playoff i z wyższych pobudek – Spike liczy, że klęska Cavs w starciu z Bostonem rzuci Lebrona w ramiona Knicks.
niesamowity marsz Orlando Magic przez pierwsze dwie rundy; absolutna anihilacja kreowanych na czwartą potęgę wschodu Atlanta Hawks w półfinałach konferencji – 4 demoralizująco łatwe zwycięstwa łączną sumą 101 punktów (rekord playoff); odrodzenie Vince'a Cartera; upadek, kreowanego na jedną z największych gwiazd tegorocznego sezonu transferowego obok LeBrona Jamesa i Dwayna Wade'a, Joe Johnsona, którego drastycznie słabe występy w playoffach prawdopodobnie będą go kosztowały kilka milionów dolarów w nowym kontrakcie.
odrodzenie Lakersów i pierwszy w historii sweep Utah Jazz (w roli tych zmiecionych z parkietu).
półfinały konferencji zachodniej pomiędzy Phoenix Suns i San Antonio Spurs – dwoma odwiecznymi rywalami. Niesamowite przełamanie serii Suns, którzy nigdy w trakcie trwania ery Tima Duncana w Spurs (od 1997 roku) nie pokonali ich w playoffach (za wyjątkiem 2000 roku, kiedy Duncan był kontuzjowany i w plaoffach w ogóle nie zagrał); bohaterski mecz Gorana Dragica, którego znakomity występ dał Suns zwycięstwo w meczu nr 3, umożliwiając pierwszemu rozgrywającemu Suns, dwukrotnemu MVP ligi spokojne obserwowanie wydarzeń na parkiecie podczas czwartej kwarty z ławki rezerwowych; i wreszcie...jeden z hokejowych akcentów... niesamowity występ tego ostatniego (najlepszego Kanadyjczyka w historii ligi) w meczu numer cztery, w którym po zderzeniu z łokciem Duncana i założeniu sześciu szwów na prawym łuku brwiowym, grał praktycznie z jednym okiem (a wszyscy rozpaczają nad łokciem LeBrona), prowadząc Suns do historycznego zwycięstwa ze Spurs.
To tylko garść spośród wszystkich niesamowitych rzeczy, które JUŻ TERAZ, mają miejsce w NBA Playoffs anno Domini 2010. A jeszcze więcej przed nami!
A czym jest w stanie uraczyć laika NHL? I jak długo trzeba czekać, aż historia się wydarzy?
Co mi daje NBA?
NHL ma kompleks słabszej (bo nie młodszej) siostry innych zawodowych lig. Nie jest tak popularna i, generalnie, ma większe trudności ze sprzedaniem swojego sportu szerokiej amerykańskiej publiczności. Czy jednak NBA faktycznie może spać spokojnie? W niektórych miastach NHL zyskuje coraz większą popularność – w Waszyngtonie wszystkich zdeklasowali Capitals, a niedawny mecz Boston Bruins w playoff był najchętniej oglądanym wydarzeniem sportowym w mieście, przebijając mecz baseballa oraz spotkanie playoff koszykarskich Celtics. Czyżby hokej wracał do łask? A może NBA i NHL trafiają do zupełnie innej publiczności i nie wchodzą sobie w paradę? Takie twierdzenie można wysnuć z analizy niedawnych kampanii reklamowych obu lig. O ile NHL stawia na tradycję hasłem „History Will Be Made”, to NBA chwali się efektownością – „Where Amazing Happens”. Obie kampanie są adresowane jednak do fanów określonych sportów. O ile na meczu NBA trudno wypatrzeć reklamy NHL, tak nie zdarzyło mi się widzieć zbyt wielu reklam „Where Amazing Happens” podczas spotkań hokeja. Czy NBA jest na tyle popularna, że po prostu wystarczy jej utrzymać obecną bazę fanów? I czy rzeczywiście jest „amazing”? Czy Kobe, LeBron i... eee... eee... Dwight? są faktycznie „amazing”, czy po prostu „very very good”? Dlaczego w trakcie kulminacji playoff NHL powinienem zrezygnować z któregoś wieczoru z hokejem i zamienić go na obserwowanie, jak rzuca się piłką do obręczy? Ciekawi mnie, co NBA ma mnie, jako laikowi, do zaoferowania oraz jak sama próbuje to sprzedać.