Cóż, history is now, że tak sobie rzucę językiem angielskim. Co do Steve'a Nasha, bo to o nim mówisz w kontekście hokejowego momentu, on jest Kanadyjczykiem – ci wariaci chyba mają we krwi grę pomimo bólu. Ale do rzeczy, cóż takiego dzieje się w NHL?
Pozytywną historią tych playoff stają się moi Montreal Canadiens, którzy jako pierwsi w dziajach awansowali do playoff z ostatniego miejsca, przegrywali w pierwszej rundzie z najlepszą drużyną ligi 1-3, a mimo to wygrali. Ich bramkarz, Słowak Jaroslav Halak dokonuje cudów między słupkami, a jego występ w meczu nr 6 przeciwko najmocniejszej ofensywie w lidze jest już legendarny. Halak obronił 53 strzały, co jest jednym z najlepszych wyników w ciągu ponad stu lat istnienia Canadiens. Żeby to zobrazować – krążek po normalnym strzale w meczu osiąga do 100km/h. A Halak takie krążki łapał do ręki. Bez dobitki.
Historia przez wielkie O (od "O kur...") dzieje się w Bostonie i Filadelfii, gdzie Philadelphia Flyers wykorzystują nagłą zapaść Boston Bruins i odrabiają stratę 0-3 w serii. Przypominam, gra się do czterech wygranych. W historii NHL tylko dwie ekipy wygrały pomimo, że było już 0-3 - ostatnio zrobili to New York Islanders w 1975 roku. Jeszcze bardziej imponujący był powrót Toronto Maple Leafs z 1942, kiedy to Liście zrobiły taką sztuczkę w finale... Obecnie Flyers wyciągnęli już na 3-3 - decydujący mecz dzisiaj.
Canadiens postarali się, że z playoff pożegnali się kreowani na nowych mistrzów Washington Capitals i ich efekciarski kapitan Aleksander Owieczkin. Rosjanin w tym sezonie za bardzo uwierzył w swoje boskie moce, za bardzo gwiazdorzył i za bardzo pajacował. To zaowocowało kolejnymi wczesnymi wakacjami. Swoją drogą, popularny Owca drużynowo nie wygrał jeszcze nic poza dość marginalnymi w hokeju mistrzostwami świata. Jego występ na Olimpiadzie skończył się żenującą klęską z Kanadą, w playoff jeszcze nie przebrnął przez pierwszą rundę... Zaczynają się odzywać głosy, że Owieczkin może nie mieć tego (chociażby widocznego u Nasha) Czegoś, które pozwala wygrywać w najbardziej niesprzyjających okolicznościach.
Z Zachodu na pewno będzie ekscytujący finalista. W półfinale spotykają się bowiem ekipy z San Jose i Chicago. Ci pierwsi to od lat niesamowicie mocna ekipa w sezonie zasadniczym i chłopcy do bicia w trakcie playoff. Ich liderem jest sztandarowy „przegrywacz” NHL, czyli Joe Thornton, na którego osobiście nie potrafiłem patrzeć w trakcie zwycięskiej dla Kanady Olimpiady. Thornton jednak się zmienił i bardziej to widać nie tyle po jego osiągnięciach punktowych, co po stylu gry – lider Sharks wbija się w największy tłok pod bramką, wyłuskuje krążek, obrywa kijem, a mimo to walczy, strzela, punktuje. Drugim półfinalistą są odrodzeni Chicago Blackhawks, czyli przez lata ligowe pośmiewisko, a od kilku sezonów budząca się potęga. A przy okazji gigantyczny rynek, którego NHL bardzo potrzebuje.
Kończąc zapytam retorycznie – jak może nudzić playoff, w którym na Wschodzie odpadają wszystkich PIĘĆ najlepszych w sezonie zasadniczym drużyn? Podczas gdy na Zachodzie w półfinale spotyka się numer 1 z numerem 2?
Powiedzmy, że będę oglądał spotkanie playoff NBA. Na co powinienem zwracać uwagę? Jakie smaczki, jakie ciekawostki ma dla mnie koszykówka? Jakie są zwyczaje, charakterystyczni ludzie „z otoczki”, którzy tak naprawdę nakręcają klimat transmisji kosza?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz