Jeszcze kilka dni temu wszystko było jasne. Lakers prowadzili z Suns 2-0, Boston Celtics dopiero co pokonali u siebie Magic po dwóch imponujących zwycięstwach na wyjeździe i potwierdzili swoją dominację w serii. Playoffy NBA były nudne i nie mające do zaoferowania nic, co w tym roku oferuje NHL, wszystko zmierzało do powtórki finału sprzed dwóch lat i dwunastej już odsłony największej rywalizacji w amerykańskim sporcie. Niektórym się nawet oberwało za publiczne prorokowanie tego, na co wszyscy czekali.
Jak wielką różnicę czyni zaledwie kilka dni. Po meczu numer 3 Dwight Howard przekonywał, że to jeszcze nie koniec i że będą walczyć - w końcu cóż innego miał powiedzieć. Wszyscy i tak spisywali Magic na straty. Orlando tymczasem wygrało mecz numer 4. Stan Van Gundy podzielił się swoim najnowszym odkryciem, że aby zapisać się na kartach historii jako pierwsza drużyna NBA, której udało się wygrać serię best-of-seven po przegraniu pierwszych trzech spotkań, należy wygrać właśnie mecz numer 4. I pomimo tego, i tak nikt im nie wierzył. Prasa bostońska podniosła alarm powołując się na wspominaną przez nas rywalizację pomiędzy Boston Bruins i Philadelphia Flyers - Bruins prowadzili 3-0, przegrali mecz numer 4 po dogrywce, by później przegrać całą serię 4-3 - i możliwość powtórki z rozrywki. Nie trzeba też dodawać, że Orlando wygrało mecz numer 4 po dogrywce. Mimo to zdrowy rozsądek poparty osiągnięciami Celtics w tegorocznych playoffach nakazywał wierzyć, że Boston jednak przejdzie do finału.
Jak to jednak często bywa, zdrowy rozsądek sobie, a życie sobie. Orlando wygrało mecz numer 5 doprowadzając do stanu 2-3, i biorąc pod uwagę wszystkie problemy Bostonu, mają coraz większe szanse, żeby stać się pierwszą drużyną w historii NBA, która wygrała serię best-of-seven przegrywając 0-3.
Z drugiej strony koszykarskiego świata Ameryki, Suns doprowadzili do remisu 2-2 i niespodziewanie tu również rozpoczęła się seria. Po pierwszych dwóch meczach w LA wszystko wydawało się być przesądzone. Lakers stosunkowo łatwo wygrali oba mecze, doprowadzając Alvina Gentry'ego, trenera Suns do wygłoszenia publicznej prośby o pomoc i pomysły na to, co zrobić dalej. Nie wiadomo czy trener Phoenix, skorzystał z czyjejś pomocy czy też sam wpadł na nowe pomysły, ale faktem jest, że podziałało. Obrona strefowa Phoenix wybiła z rytmu Lakersów, a z drugiej strony boiska drużyna Kobego ma problemy z powstrzymaniem ataku Suns. Mecz numer 5 dziś w nocy.
Niesamowite, jak kilka dni potrafi kompletnie odwrócić sytuację. Nagle playoffy NBA zaczęły być interesujące! A antycypowane okrzyki "Beat LA" w Boston Garden mogą pozostać w sferze przedwczesnych spekulacji.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz