czwartek, 20 maja 2010

Beat L.A.! Beat L.A.! Beat L.A.!

Jeszcze kilka dni temu wszystko było jasne. Lakers prowadzili z Suns 2-0, Boston Celtics dopiero co pokonali u siebie Magic po dwóch imponujących zwycięstwach na wyjeździe i potwierdzili swoją dominację w serii. Playoffy NBA były nudne i nie mające do zaoferowania nic, co w tym roku oferuje NHL, wszystko zmierzało do powtórki finału sprzed dwóch lat i dwunastej już odsłony największej rywalizacji w amerykańskim sporcie. Niektórym się nawet oberwało za publiczne prorokowanie tego, na co wszyscy czekali.

Jak wielką różnicę czyni zaledwie kilka dni. Po meczu numer 3 Dwight Howard przekonywał, że to jeszcze nie koniec i że będą walczyć - w końcu cóż innego miał powiedzieć. Wszyscy i tak spisywali Magic na straty. Orlando tymczasem wygrało mecz numer 4. Stan Van Gundy podzielił się swoim najnowszym odkryciem, że aby zapisać się na kartach historii jako pierwsza drużyna NBA, której udało się wygrać serię best-of-seven po przegraniu pierwszych trzech spotkań, należy wygrać właśnie mecz numer 4. I pomimo tego, i tak nikt im nie wierzył. Prasa bostońska podniosła alarm powołując się na wspominaną przez nas rywalizację pomiędzy Boston Bruins i Philadelphia Flyers - Bruins prowadzili 3-0, przegrali mecz numer 4 po dogrywce, by później przegrać całą serię 4-3 - i możliwość powtórki z rozrywki. Nie trzeba też dodawać, że Orlando wygrało mecz numer 4 po dogrywce. Mimo to zdrowy rozsądek poparty osiągnięciami Celtics w tegorocznych playoffach nakazywał wierzyć, że Boston jednak przejdzie do finału.
Jak to jednak często bywa, zdrowy rozsądek sobie, a życie sobie. Orlando wygrało mecz numer 5 doprowadzając do stanu 2-3, i biorąc pod uwagę wszystkie problemy Bostonu, mają coraz większe szanse, żeby stać się pierwszą drużyną w historii NBA, która wygrała serię best-of-seven przegrywając 0-3.
Z drugiej strony koszykarskiego świata Ameryki, Suns doprowadzili do remisu 2-2 i niespodziewanie tu również rozpoczęła się seria. Po pierwszych dwóch meczach w LA wszystko wydawało się być przesądzone. Lakers stosunkowo łatwo wygrali oba mecze, doprowadzając Alvina Gentry'ego, trenera Suns do wygłoszenia publicznej prośby o pomoc i pomysły na to, co zrobić dalej. Nie wiadomo czy trener Phoenix, skorzystał z czyjejś pomocy czy też sam wpadł na nowe pomysły, ale faktem jest, że podziałało. Obrona strefowa Phoenix wybiła z rytmu Lakersów, a z drugiej strony boiska drużyna Kobego ma problemy z powstrzymaniem ataku Suns. Mecz numer 5 dziś w nocy.

Niesamowite, jak kilka dni potrafi kompletnie odwrócić sytuację. Nagle playoffy NBA zaczęły być interesujące! A antycypowane okrzyki "Beat LA" w Boston Garden mogą pozostać w sferze przedwczesnych spekulacji.

niedziela, 16 maja 2010

Spike Lee i inne ciekawostki

Przyznaję, że zostałem nieco zaskoczony pytaniem. Jakie smaczki, jakie ciekawostki ma NBA, na co należy zwracać uwagę... W pierwszym momencie nie miałem zielonego pojęcia, jak mam odpowiedzieć. Problemem w tej sytuacji jest - jakże by inaczej - perspektywa. Wiele pozaboiskowych elementów gry zaczyna się tak bardzo z nią zlewać, tudzież stawać się nieodłącznym jej składnikiem, że trudno je od tejże gry oderwać. Pomyślałem jednak i "wymyśliłem" kilka takich elementów:

  • Sztandarowi kibice: osobiście nie jestem fanem przeczesywania trybun w poszukiwaniu wszelkiej maści celebrities, ale są dwie takie osoby, o których istnieniu powinna wiedzieć każda osoba zasiadająca do oglądania meczu koszykówki spod szyldu NBA: Jack Nicholson i Spike Lee - obaj stanowią ikonę kibiców koszykówki. Pierwszy swoją obecnością uświetnia każdy mecz Los Angeles Lakers, i wiedzie prym wśród przebywających w Staples Center zastępów gwiazd i gwiazdeczek każdego formatu; drugi - skacze, krzyczy i szaleje przy bocznej linii boiska w - będącej mekką koszykówki, a zarazem siedzibą nowojorskich Knicks - Madison Square Garden. Są jak ogień i woda, zupełnie inne osobowości, zupełnie inne style kibicowania: Jackowi niezmiernie rzadko zdarza się poderwać na równe nogi, Spikeowi wręcz przeciwnie - rzadko zdarza się usiedzieć spokojnie choćby dwie minuty.
    Innymi kibicami, którym warto się uważniej przyjrzeć i wyszukać w tłumie, są fanki Orlando Magic, którym Bill Simmons przyznał The Jennifer Aniston Award for Best Selection of Cougars; niestety nie było mi dane sprawdzić tego osobiście i muszę polegać na opinii osób trzecich.
  • Sezon transferowy AD 2010: długo wyczekiwane "lato LeBrona Jamesa" miało też swój duży udział w trakcie playoffów. LeBron i jego Cavs są już poza playoffami, co oznacza początek przerwy międzysezonowej i czas wielkich decyzji dla Króla - gdzie zagrać w następnym sezonie? Styl w jakim Cleveland pożegnał się z walką o mistrzostwo stawia niekończącą się liczbę pytań. A to co działo się dookoła półfinałów Konferencji Wschodniej między Cavs i Celtics tylko podgrzewa wszystkie spekulacje, np. obecność Johna Calipari na trybunach w Cleveland podczas meczu numer 5 - John Calipari jest trenerem University of Kentucky, trenował młodą gwiazdę Chicago Bulls - Derricka Rose'a i... jest zaprzyjaźniony z LeBronem! Niekończące się źródło domysłów...
  • Okrzyki podczas meczów:
    - "MVP, MVP, MVP!" (MVP to Most Valuable Player, nagroda/tytuł przyznawany najlepszemu zawodnikowi sezonu regularnego, Finałów NBA lub Meczu Gwiazd) wykrzykiwane przez kibiców po adresem zawodnika, który jest ich ulubieńcem, który wygrał kiedyś tą nagrodę, tudzież swoją grą w danym meczu zasłużył na uhonorowanie go tą nagrodą. Kobe Bryant, LeBron James czy Dwayne Wade słyszą tego typu okrzyki prawie za każdym razem, gdy przychodzi im stanąć na linii rzutów wolnych. Rajon Rondo zasłużył sobie na takie okrzyki podczas wspomnianego już niesamowitego występu w meczu numer 4 przeciwko Cavs;
    - "New York Knicks" wykrzykiwane podczas wykonywania rzutów wolnych przez LeBrona w meczu numer 6 pomiędzy Bostonem i Cleveland, sugerujące jego przeprowadzkę do Wielkiego Jabłka po kolejnym sezonie zakończonym bez zdobycia mistrzowskiego pierścienia.
    - "Beat LA" zapoczątkowane przez kibiców Bostonu Celtics w latach 60-tych, kiedy ustanowiona została legendarna rywalizacja pomiędzy klubami z LA i Bostonu (które dzielą między siebie 32 z 63 tytułów mistrzowskich NBA - w tym sezonie mają szansę 33/64).
  • Mike Breen, Jeff Van Gundy i Mark Jackson: dla osoby które przez lata męczyła się oglądając mecze NBA z komentarzem autorstwa Wojciecha Michałowicza i Zenona Telmana (i paru innych gwiazd zapraszanych do pomocy temu pierwszemu, których nazwisk, ku mej radości, a ich świętemu spokojowi już nie pamiętam), wymieniona trójca jest darem zesłanym z niebios!
  • Stuart Scott, Mike Wilbon, Jon Barry, Magic Johnson i ich Halftime Report - jak wyżej, tak się robi komentarze sportowe! (by nie wspomnieć, że ta czwórka zastępuje takie koszykarskie głowy jak m.in. Hirek Wrona!)
  • Show:
    - przedmeczowe rytuały: LeBron James, Kevin Garnett, Dwayne Wade;
    - różne miny, zachowania, fryzury, rurki: Kobe, LeBron, Ron Artest, Caron Butler;
    - różnie poprzebierani i świetnie się bawiący kibice
Mimo wszystko, pamiętajmy, że głównym show jest w dalszym ciągu koszykówka! I to koszykówka uprawiana na najwyższym poziomie!

sobota, 15 maja 2010

Historyczna NHL

No właśnie, pisałem, że Philadelphia Flyers są o krok od sensacji i faktycznie wczoraj w nocy doszło do historycznego wydarzenia. Lotnicy wygrali siódmy mecz na lodowisku Boston Bruins i awansowali do finałów Konferencji Wschodniej, mimo że bostończycy prowadzili już 3-0 w serii. Co więcej, w siódmym spotkaniu po 15 minutach było... 3:0 dla Bruins. Flyers wygrali decydujące spotkanie 4:3 i takim samym wynikiem zakończyła się ich seria.

Tak jak godna podziwu jest postawa Flyers (ekipy, której zresztą szczerze nie cierpię), tak niewytłumaczalna jest zapaść Bostonu, który pokazał gigantyczny brak umiejętności zamknięcia sprawy. Żeby było zabawniej - decydująca bramka padła w przewadze Philadelphii po ukaraniu Bruins za wysłanie zbyt wielu zawodników na lód. I tu znów mamy odniesienie do historii - w 1979 roku Boston grał legendarną serię przeciwko Montreal Canadiens i był o włos od wyeliminowania swoich rywali, którzy zdobyli Puchar Stanley'a w poprzednich trzech sezonach. Doszło do meczu numer 7, Bruins prowadzili jedną bramką i w końcówce zostali ukarani za zbyt wielu graczy na lodzie. Canadiens wyrównali, wygrali w dogrywce i zdobyli czwarty tytuł z rzędu.

piątek, 14 maja 2010

Czym kusi NHL

Cóż, history is now, że tak sobie rzucę językiem angielskim. Co do Steve'a Nasha, bo to o nim mówisz w kontekście hokejowego momentu, on jest Kanadyjczykiem – ci wariaci chyba mają we krwi grę pomimo bólu. Ale do rzeczy, cóż takiego dzieje się w NHL?

Pozytywną historią tych playoff stają się moi Montreal Canadiens, którzy jako pierwsi w dziajach awansowali do playoff z ostatniego miejsca, przegrywali w pierwszej rundzie z najlepszą drużyną ligi 1-3, a mimo to wygrali. Ich bramkarz, Słowak Jaroslav Halak dokonuje cudów między słupkami, a jego występ w meczu nr 6 przeciwko najmocniejszej ofensywie w lidze jest już legendarny. Halak obronił 53 strzały, co jest jednym z najlepszych wyników w ciągu ponad stu lat istnienia Canadiens. Żeby to zobrazować – krążek po normalnym strzale w meczu osiąga do 100km/h. A Halak takie krążki łapał do ręki. Bez dobitki.

Historia przez wielkie O (od "O kur...") dzieje się w Bostonie i Filadelfii, gdzie Philadelphia Flyers wykorzystują nagłą zapaść Boston Bruins i odrabiają stratę 0-3 w serii. Przypominam, gra się do czterech wygranych. W historii NHL tylko dwie ekipy wygrały pomimo, że było już 0-3 - ostatnio zrobili to New York Islanders w 1975 roku. Jeszcze bardziej imponujący był powrót Toronto Maple Leafs z 1942, kiedy to Liście zrobiły taką sztuczkę w finale... Obecnie Flyers wyciągnęli już na 3-3 - decydujący mecz dzisiaj.

Canadiens postarali się, że z playoff pożegnali się kreowani na nowych mistrzów Washington Capitals i ich efekciarski kapitan Aleksander Owieczkin. Rosjanin w tym sezonie za bardzo uwierzył w swoje boskie moce, za bardzo gwiazdorzył i za bardzo pajacował. To zaowocowało kolejnymi wczesnymi wakacjami. Swoją drogą, popularny Owca drużynowo nie wygrał jeszcze nic poza dość marginalnymi w hokeju mistrzostwami świata. Jego występ na Olimpiadzie skończył się żenującą klęską z Kanadą, w playoff jeszcze nie przebrnął przez pierwszą rundę... Zaczynają się odzywać głosy, że Owieczkin może nie mieć tego (chociażby widocznego u Nasha) Czegoś, które pozwala wygrywać w najbardziej niesprzyjających okolicznościach.

Z Zachodu na pewno będzie ekscytujący finalista. W półfinale spotykają się bowiem ekipy z San Jose i Chicago. Ci pierwsi to od lat niesamowicie mocna ekipa w sezonie zasadniczym i chłopcy do bicia w trakcie playoff. Ich liderem jest sztandarowy „przegrywacz” NHL, czyli Joe Thornton, na którego osobiście nie potrafiłem patrzeć w trakcie zwycięskiej dla Kanady Olimpiady. Thornton jednak się zmienił i bardziej to widać nie tyle po jego osiągnięciach punktowych, co po stylu gry – lider Sharks wbija się w największy tłok pod bramką, wyłuskuje krążek, obrywa kijem, a mimo to walczy, strzela, punktuje. Drugim półfinalistą są odrodzeni Chicago Blackhawks, czyli przez lata ligowe pośmiewisko, a od kilku sezonów budząca się potęga. A przy okazji gigantyczny rynek, którego NHL bardzo potrzebuje.

Kończąc zapytam retorycznie – jak może nudzić playoff, w którym na Wschodzie odpadają wszystkich PIĘĆ najlepszych w sezonie zasadniczym drużyn? Podczas gdy na Zachodzie w półfinale spotyka się numer 1 z numerem 2?

Powiedzmy, że będę oglądał spotkanie playoff NBA. Na co powinienem zwracać uwagę? Jakie smaczki, jakie ciekawostki ma dla mnie koszykówka? Jakie są zwyczaje, charakterystyczni ludzie „z otoczki”, którzy tak naprawdę nakręcają klimat transmisji kosza?

Amazing is happening...now!

No i nic nie poradzę, że podczas rozmowy z kolegą, jednym okiem ciągle łypię na ekran, na którym rozgrywa się szósty - być może ostatni - mecz półfinałów Konferencji Wschodniej pomiędzy Boston Celtics i Cleveland Cavaliers.
I cóżże się tam dzieje? Zgadliście! Amazing!
Aktualny mecz jest chyba najbardziej wyczekiwanym meczem od kilku lat. Wspomniany już słabiutki występ Lebrona Jamesa, był chyba najgorętszym tematem sportowym dekady.
Lebron niczego nie wyjaśnił, podgrzał atmosferę i przygotował sobie największą scenę koszykarską ostatnich lat! A to wszystko dlatego, że z początkiem lipca Lebron będzie miał możliwość zmiany klubu (moment wyczekiwany od przeszło dwóch lat) i wiele osób komentujących NBA stwierdza, że losy Cavs w tegorocznym "drugim" sezonie NBA zaważą na decyzji "samozwańczego" Króla.
No i Cavs mają swojego "Króla" meczu...Mo Williamsa! Lebron rozgrywa kolejny dość przeciętny, jak na jego możliwości i okoliczności mecz.
Cały czas czekam aż Król się włączy, wrzuci 6. bieg i wygra mecz w pojedynkę. Zdarzało mu się to już wcześniej -> w meczu nr 5 Finałów Konferencji 2007 przeciwko Detroit Pistons zdobył ostatnie 25 pkt swojego zespołu!
Zresztą podczas ostatniego meczu też miałem wrażenie, że Lebron czeka na moment kiedy skończyć tą zabawę i wykończyć Celtics. Cała sytuacja wyglądała jak zabawa miedzy LeBronem a resztą Cavs. Jakby powiedział sobie: 'Zobaczymy co zrobią, jak ja nie będę grał. Ciekawe czy otrzymam od nich jakąkolwiek pomoc?
Tymczasem koledzy z Cavs zdali się zareagować niczym małe dziecko, które wołając mamę, żeby je nakarmiła, zaczyna jej udowadniać, że nie potrafi samo trafić łyżeczką do buzi, sprawdzając tym samym ile uparta mamusia (Lebron) wytrzyma taką prowokację i kaszkę pokrywającą wszystko w promieniu 2 metrów. No i oboje poszli w zaparte i było po meczu.

Ale my tu gadu gadu, a Celtics odskakują! I wypadałoby wreszcie zamówić następną kolejkę!

WHERE AMAZING HISTORY HAPPENS!

Tym oto sposobem zostałem wywołany do tablicy. W odróżnieniu od tego drugiego co ze mną bloguje, moje oczy przybrały przed paroma tygodniami kształt pomarańczowych piłek do kosza, a mój puls zgrał się z rytmem ich odbijania od na kilku parkietach za oceanem. NBA żyje obecnie playoffami. Co więcej, amazing happens!
Ale zanim zacznę udowadniać cóż takiego niesamowitego dzieje się w NBA tegorocznej wiosny, pozwolę sobie nie zgodzić się z podziałem dokonanym przez kolegę. "Where Amazing Happens" i "History Will Be Made" to tak naprawdę dwa końce tego samego kija. No bo, obiektywnie ujmując problem, historia jest ustanawiana, gdy dzieje się coś niesamowitego; i odwrotnie, gdy dzieje się coś niezwykłego, wówczas mówimy o historycznym wydarzeniu. I tak naprawdę, to nowy slogan ligi NHL ukazuje jej kompleks wobec swej siostrzyczki NBA. Wprawdzie możemy się sprzeczać czy oba slogany znaczą mniej czy więcej to samo – w mojej opinii jednakże znaczą – i tym samym NHL dopuściła się plagiatu. Slogan NBA powstał w 2007 roku i z miejsca stał się świetnym następcą innego - nomen omen znakomitego – hasła promującego NBA w latach dziewięćdziesiątych: I Love This Game. Z kolei NHL wystartowało ze swoją 'tworzącą historię' kampanią dopiero przed tegorocznymi playoffami. Kończąc ten temat pragnę zwrócić uwagę na jeden pozornie nieistotny szczegół językowy: w NBA rzeczy niesamowite dzieją się już teraz, w NHL historia ma dopiero zostać ustanowiona.

Ale miało być o czymś innym. „Co NBA ma mnie, jako laikowi, do zaoferowania”?

„Bardzo dużo” - to pierwsza i automatyczna odpowiedź fana tejże ligi na tak postawione pytanie. Zastanówmy się jednak, co kryje się za owym „dużo”.
Tegoroczne playoffy NBA obfitują w niespodzianki, nieoczekiwane triumfy i jeszcze mniej przewidywane klęski, narodziny nowych bohaterów, odrodzenie i upadek starych gwiazd. Są też momenty hokejowe. Ale by nie być gołosłownym, oto zaledwie garstka najciekawszych wydarzeń:

  • występ Rajona Rondo w meczu nr 4 półfinałów konferencji wschodniej między Boston Celtics i Cleveland Cavaliers, w którym przyćmił samego Króla i współczesnego specjalistę od triple-doubles, LeBrona Jamesa statystykami na poziomie 29 punktów, 18 zbiórek i 13 asyst (tylko dwóch zawodników w historii zakończyło mecz playoff z minimum takimi wynikami: Wilt Chamberlain i Oscar Robertson – legendy NBA z przełomu lat 60-tych i 70-tych, członkowie NBA Hall of Fame!); średnie Rondo w całych playoffach 17,9 pkt, 11,4 as., 7,1 zb. i 1.9 przechwytów stawiają go w jednym szeregu z legendarnym Magic Johnsonem – prawdopodobnie najlepszym rozgrywającym w historii ligi.

  • niewidzialny mecz numer 5 w wykonaniu dwukrotnego MVP ligi, LeBrona Jamesa. Król przeszedł obok najważniejszego meczu w tego sezonu i pozwolił, aby staruszkowie z Bostonu roznieśli jego drużynę na ich własnym parkiecie 120:88; odzierając ich tym samym z wszelkich nadziei na wygranie tej serii, czy chociażby doprowadzenie do remisu 3:3.

  • Spike Lee, najwierniejszy obok Jacka Nicholsona kibic w lidze, ikona fanów New York Knicks kibicujący znienawidzonym Celtics! Sam zainteresowany usprawiedliwia się, że to tylko na czas jednej serii playoff i z wyższych pobudek – Spike liczy, że klęska Cavs w starciu z Bostonem rzuci Lebrona w ramiona Knicks.

  • niesamowity marsz Orlando Magic przez pierwsze dwie rundy; absolutna anihilacja kreowanych na czwartą potęgę wschodu Atlanta Hawks w półfinałach konferencji – 4 demoralizująco łatwe zwycięstwa łączną sumą 101 punktów (rekord playoff); odrodzenie Vince'a Cartera; upadek, kreowanego na jedną z największych gwiazd tegorocznego sezonu transferowego obok LeBrona Jamesa i Dwayna Wade'a, Joe Johnsona, którego drastycznie słabe występy w playoffach prawdopodobnie będą go kosztowały kilka milionów dolarów w nowym kontrakcie.

  • odrodzenie Lakersów i pierwszy w historii sweep Utah Jazz (w roli tych zmiecionych z parkietu).

  • półfinały konferencji zachodniej pomiędzy Phoenix Suns i San Antonio Spurs – dwoma odwiecznymi rywalami. Niesamowite przełamanie serii Suns, którzy nigdy w trakcie trwania ery Tima Duncana w Spurs (od 1997 roku) nie pokonali ich w playoffach (za wyjątkiem 2000 roku, kiedy Duncan był kontuzjowany i w plaoffach w ogóle nie zagrał); bohaterski mecz Gorana Dragica, którego znakomity występ dał Suns zwycięstwo w meczu nr 3, umożliwiając pierwszemu rozgrywającemu Suns, dwukrotnemu MVP ligi spokojne obserwowanie wydarzeń na parkiecie podczas czwartej kwarty z ławki rezerwowych; i wreszcie...jeden z hokejowych akcentów... niesamowity występ tego ostatniego (najlepszego Kanadyjczyka w historii ligi) w meczu numer cztery, w którym po zderzeniu z łokciem Duncana i założeniu sześciu szwów na prawym łuku brwiowym, grał praktycznie z jednym okiem (a wszyscy rozpaczają nad łokciem LeBrona), prowadząc Suns do historycznego zwycięstwa ze Spurs.

To tylko garść spośród wszystkich niesamowitych rzeczy, które JUŻ TERAZ, mają miejsce w NBA Playoffs anno Domini 2010. A jeszcze więcej przed nami!

A czym jest w stanie uraczyć laika NHL? I jak długo trzeba czekać, aż historia się wydarzy?

Co mi daje NBA?

W mojej ukochanej NHL playoffy wchodzą w decydującą fazę, także teoretycznie powinienem mieć oczy w kształcie dwóch krążków, a porozumiewać się ze światem jedynie za pomocą wystukiwania słów kijem hokejowym. Trudno jednak zamknąć się na inne amerykańskie sporty – głównie dlatego, że komentatorzy z USA z lubością podkreślają, że NHL w porównaniu z chociażby NFL, czy NBA znaczy niewiele. Wiele zmieniło się od czasów mistrzostwa New York Rangers i tej okładki Sports Illustrated.

NHL ma kompleks słabszej (bo nie młodszej) siostry innych zawodowych lig. Nie jest tak popularna i, generalnie, ma większe trudności ze sprzedaniem swojego sportu szerokiej amerykańskiej publiczności. Czy jednak NBA faktycznie może spać spokojnie? W niektórych miastach NHL zyskuje coraz większą popularność – w Waszyngtonie wszystkich zdeklasowali Capitals, a niedawny mecz Boston Bruins w playoff był najchętniej oglądanym wydarzeniem sportowym w mieście, przebijając mecz baseballa oraz spotkanie playoff koszykarskich Celtics. Czyżby hokej wracał do łask? A może NBA i NHL trafiają do zupełnie innej publiczności i nie wchodzą sobie w paradę? Takie twierdzenie można wysnuć z analizy niedawnych kampanii reklamowych obu lig. O ile NHL stawia na tradycję hasłem „History Will Be Made”, to NBA chwali się efektownością – „Where Amazing Happens”. Obie kampanie są adresowane jednak do fanów określonych sportów. O ile na meczu NBA trudno wypatrzeć reklamy NHL, tak nie zdarzyło mi się widzieć zbyt wielu reklam „Where Amazing Happens” podczas spotkań hokeja. Czy NBA jest na tyle popularna, że po prostu wystarczy jej utrzymać obecną bazę fanów? I czy rzeczywiście jest „amazing”? Czy Kobe, LeBron i... eee... eee... Dwight? są faktycznie „amazing”, czy po prostu „very very good”? Dlaczego w trakcie kulminacji playoff NHL powinienem zrezygnować z któregoś wieczoru z hokejem i zamienić go na obserwowanie, jak rzuca się piłką do obręczy? Ciekawi mnie, co NBA ma mnie, jako laikowi, do zaoferowania oraz jak sama próbuje to sprzedać.

czwartek, 13 maja 2010

Rozmowy przy piwie

Był paskudny majowy wieczór. Padało, było zimno i generalnie wszystko wskazywało na to, że rzecz dzieje się w Polsce w 2010 roku. Knajpa była dość zatłoczona, ale nie przesadnie głośna. Dwóch młodych ludzi siedziało przy stoliku i czekało aż wieczór zmieni się w dzień. Jeden popijał jakieś paskudne gorzkie siki [to ten drugi, co ze mną bloguje], a na stoliku stał jeszcze guinness. Skoro piwo było jeszcze w szklankach, skoro noc była jeszcze w wieku przedemerytalnym, to cóż innego można było robić, jak nie rozmawiać? I do takiej właśnie rozmowy obaj zapraszamy.