Czyżby Finały NBA skończyły się zanim się na dobre zaczęły? Wprawdzie rozegrany został tylko jeden mecz, ale wiele osób już teraz rozpoczęło koronować Los Angeles Lakers jako powtórnych mistrzów! Owszem, Lakersi pokazali charakter, wygrali walkę na tablicach, lepiej rzucali z dystansu, rywalizację w punktach zdobytych po ponowieniu wygrali do zera, Artest uprzykrzył życie Pierce'owi, Bynum okazał się istotnym czynnikiem, Gasol zrewanżował się Garnettowi za Finały sprzed dwóch lat i zdominował przeciwnika (zebrał tyle samo piłek, co KG, Sheed Wallace, Big Baby Davies i Kendrick Perkins razem wzięci), a Bryant zrobił swoje pilnując pierwszą broń Bostonu w osobie Rajona Rondo i grając przeciwko Ray'owi Allenowi po drugiej stronie parkietu.
Jednakże czynnikiem napędzającym przedwczesną koronację Jeziorowców jest zupełnie coś innego. To nie gra całego zespołu czy pojedynki między poszczególnymi zawodnikami. Nie jest nim nawet niesamowity poziom koncentracji prezentowany przez samego Bryanta, który zignorował prawdopodobnie najzabawniejszego człowieka w całej Staples Center. Czynnikiem przytaczanym przez wielu dziennikarzy jest magiczna liczba 47-0, której autorem jest trener Lakersów. Drużyny prowadzone przez Phila Jacksona wygrały 47 z 47 serii, w których obejmowali prowadzenie 1-0. W tej sytuacji, można więc przypuszczać, że i tym razem efekt końcowy będzie podobny i za Billem Platschke zasugerować, iż Finały NBA to tak naprawdę seria best-of-one. Zgodnie z danymi przytaczanymi przez felietonistę Los Angeles Timesa, zwycięzca meczu numer jeden w jakimkolwiek sporcie, ma 65% szans wygrania siedmiomeczowej serii, a w samej NBA, ów odsetek podskakuje aż do 79%. Wszystko to jednak nic wobec osobistego rekordu Jacksona - 100%! Jeśli to nadal nie robi na was wrażenia, to zgodnie z dwójką studentów z Kalifornijskiego Instytutu Technologii (numer 10 w 2009 roku w ogólnoświatowym rankingu uniwersytetów przeprowadzanym przez Times Higher Education; numer 5 w dziedzinie inżynierii i IT) szanse osiągnięcia wyniku 47-0 przez przypadek wynoszą mniej niż 3 do miliarda!
Zawodnicy Bostonu oczywiście bagatelizują całą sytuację. Sheed Wallace stwierdza, że takie statystyki to sprawy mediów, a dla niego nic one nie znaczą. Z kolei Ray Allen stwierdza, że wraz z trafieniem kolejnego rzutu wolnego wzrastają jego szanse, że następny rzut spudłuje.
Osobiście zgadzam się z Dociem Riversem: każda seria się kiedyś kończy; a Boston Celtics są zbyt twardą drużyną, żeby dać się zniechęcić jedną porażką, nie wspominając o jakiejś liczbie. W serii z faworyzowanymi Cavs przegrywali 0-1 i 1-2 (druga porażka była ich największą porażką w historii playoffów) po czym zniszczyli Cavs w trzech meczach z rzędu, rozpoczynając przedwczesne wakacje LeBrona Jamesa i najgorętsze lato tej dekady w Cleveland.
Dodatkowym argumentem niwelującym znaczenie pierwszego meczu Finałów, jest fakt, iż rok temu Lakersi również zdominowali Orlando w pierwszym meczu wygrywając 25 punktami, tylko po to by o losach drugiego meczu decydował lay-up debiutanta. Jeśli tym razem również dojdzie do takiej sytuacji, to jednego możemy być pewni: na pewno nie będzie rzucał debiutant.
Lakersi nie wygrali mistrzostwa przeciwko Bostonowi (w zeszłym roku KG był kontuzjowany i Celtics nie zakwalifikowali się do Finału), dlatego tegoroczny pojedynek powinni potraktować jako rewanż za 2008 rok i grać nie z pozycji aktualnych mistrzów NBA, ale drużyny, która chce odebrać to mistrzostwo przeciwnej drużynie.
Mecz numer 2 może okazać się najważniejszym meczem tegorocznych finałów. Pomimo, iż długoletnia statystyka Jacksona 47-0 przesądza pojedynek na korzyść Lakersów, to mądrość tegorocznych playoffs pokazuje, że to mecz numer 2 stanowi moment przełomowy każdej serii -> drużyna, która odnosiła zwycięstwo w meczu numer 2, wygrywała całą serię.
Jednakże niezależnie od wszelkich statystyk i osobistych pojedynków (Kobe-Allen, Gasol-Garnett) mecz numer 2 będzie olbrzymim widowiskiem i wspaniałą walką dwóch najlepszych drużyn w historii NBA połączonych odwieczną rywalizacją.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz